Niemiecka prasa: Trump – imperialista rodem z XIX. wieku
11 stycznia 2026
Po II wojnie światowej interwencje podejmowane przez Zachód pod kierownictwem Ameryki, skierowane były na obronę praw człowieka, demokracji i wolności, chociaż rzeczywistość była „nie zawsze, ale bardzo często” daleka od tych szczytnych haseł – pisze Joachim Kaeppner w weekendowym wydaniu „Sueddeutsche Zeitung”. Jego komentarz nosi tytuł „Imperialista”.
Autor przypomniał, że po zakończeniu zimnej wojny Stany Zjednoczone stały się „globalną siłą przewodnią” Zachodu – zarówno w sferze kultury, jak i wojskowo, i gospodarczo, „niosąc w świat państwo prawa, prawa jednostki, demokrację, otwarte granice i wolne rynki”. Były „globalną siłą porządkującą świat”.
Trumpowi chodzi o hegemonię i o ropę
W przeciwieństwie do Wietnamu w 1965 r., Kuwejtu w 1991 r., Afganistanu w 2001 r. czy Iraku w 2003 r., Waszyngton pod rządami Trumpa nawet nie próbuje powoływać się na swoją misję krzewienia wolności. „Chodzi całkiem otwarcie o hegemonię, a jeszcze bardziej chodzi o ropę” – podkreślił Kaeppner. Globalne supermocarstwo zademonstrowało ostatnio w Iranie i Wenezueli ogromne zdolności swojego wojska opartego na najnowszej technologii.
Stany Zjednoczone Trumpa działają coraz bardziej jak „imperialistyczne mocarstwo rodem z XIX wieku – imperium, które bierze sobie to, co tylko może, które ignoruje prawo międzynarodowe i własną konstytucję”. Wspólnota, partnerstwo, solidarność są im obce, co potwierdza wycofanie się USA z kilkudziesięciu międzynarodowych organizacji.
W wywiadach Trump sprawia wrażenie mieszanki „Króla Słońce, Wilhelma II i potentata nieruchomości”. Najpotężniejszy człowiek świata dostrzega tylko jedną granicę – „moją własną moralność”.
Podbój Grenlandii to koniec NATO
Politolodzy określają imperialną politykę zagraniczną Trumpa mianem compellence – sztuki narzucania innym swojej woli. Jeżeli imperialista Trump rzeczywiście opanuje Grenlandię – terytorium jednego z najwierniejszych krajów NATO, to Sojusz się rozpadnie a razem z nim Zachód.
Jeszcze większy niepokój wynika z faktu, że brutalność w polityce zagranicznej idzie w parze z brutalnością w polityce wewnętrznej – demontażem demokracji konstytutywnej dla Zachodu. Jeżeli supermocarstwo USA, zamiast przeciwstawiać Chinom i Rosji model wolności, coraz bardziej upodabnia się do swoich przeciwników, to światu grozi rzeczywiście nowa epoka imperializmu – ostrzegł komentator „SZ”.
Iskierkę nadziei komentator dostrzega w stopniowej mobilizacji Europy, która „zaczyna odkrywać swoją siłę. W postliberalnym świecie, państwa demokratyczne muszą pilnie zewrzeć szeregi. Co ważne, także w USA formuje się coraz silniejszy sprzeciw przeciwko rządom Trumpa.
Powrót do stref wpływów
„Mocarstwo bierze sobie to co chce, a świat przygląda się” – pisze tygodnik „Der Spiegel”. „Stany Zjednoczone pojmały prezydenta Wenezueli, grożą Grenlandii i zapowiadają, że nowy porządek świata będzie się opierał na strefach wpływu. Kto może być następny i na co może liczyć Europa? – zastanawia się w najnowszym wydaniu tygodnik „Der Spiegel”.
Zdaniem redakcji, Moskwa dokładnie śledzi rozwój sytuacji. Rosja próbowała tego samego, co zrobił Trump – doprowadzić w Ukrainie w ekspresowym tempie do zmiany władzy, poniosła jednak porażkę. Zamiast trzech dni, wojna wejdzie wkrótce w piąty rok. Niemniej amerykańska interwencja w Wenezueli jest potwierdzeniem stanowiska Putina, że każde mocarstwo ma prawo do strefy wpływów.
Według „Spiegla”, w Europie panuje panika wywołana wpisem w mediach społecznościowych Katie Miller, żony zastępcy sztabu Trumpa, przedstawiająca mapę Grenlandii przykrytą amerykańską flagą i słowem „wkrótce”.
Działania Trumpa to alibi dla Putina
Opanowanie Wenezueli było upokorzeniem dla Putina. Rosyjskie stanowiska obrony przeciwlotniczej nie były żadną przeszkodą dla oddziałów USA. Ze strategicznego punktu widzenia Moskwa może jednak zyskać na puczu w Ameryce Łacińskiej. Myślenie Trumpa w kategoriach stref wpływów ma wiele podobieństw ze stanowiskiem Putina. Tym, czym dla USA jest zachodnia hemisfera, jest dla Putina były Związek Sowiecki. Była doradczyni bezpieczeństwa Fiona Hill uważa, że Putin czuje się wzmocniony. ”Jeżeli my mamy prawo na naszym podwórku działać agresywnie, dlaczego nie mieliby mieć takiego prawa Rosjanie? – powiedziała Hill „New York Times”.
Sytuacja jest też strategiczną szansą dla Chin. Korzyść propagandowa Pekinu polega na możliwości przedstawiania Ameryki jako mocarstwa łamiącego prawo międzynarodowe. Chiny mogą się prezentować w świecie jako „kotwica stabilności”, co może być akceptowane w krajach, które nie chcą być ofiarą tarć między mocarstwami.
„Europa musi dorosnąć w przyspieszonym tempie” – pisze Jacques Schuster w „Die Welt”. Jego zdaniem stosunki europejsko-amerykańskie w systemie sojuszu transatlantyckiego przypominają do złudzenia małżeństwo w XIX wieku. „W przypadku rozwodu czy kryzysu małżeńskiego, kobieta była wówczas pozostawiona sama sobie.
Europa bezradna jak rozwódka w XIX. wieku
Nie miała nic lub prawie nic, co mogłaby przeciwstawić sile małżonka. W przypadku rozwodu była ‘załatwiona’ – społecznie, niemal zawsze finansowo, a także politycznie” – czytamy w „Die Welt”.
Zdaniem Schustera obecnie mamy do czynienia z podobną sytuacją. „Amerykański prezydent pokazuje, co myśli o porządku świata i wartościach stworzonych przez Roosevelta oraz o europejskich sojusznikach. Natomiast Europejczycy niewiele mogą zrobić, aby okazać swoją siłę i zaprezentować się jako pełnowartościowy partner” – uważa komentator.
Obserwatorzy mają rację mówiąc, że Europejczycy sami sobie są winni. Muszą teraz w przyspieszonym tempie wziąć sprawy w swoje ręce. Nie starczy im jednak czasu na nadrobienie wszystkiego, co jest konieczne w nowej epoce anarchii. Można tylko mieć nadzieję, że w Białym Domu są ludzie, którzy są w stanie wytłumaczyć prezydentowi, co stanie się z zaufaniem do NATO w przypadku, gdy sięgnie po Grenlandię.
Lepsza hipokryzja Busha niż szczerość Trumpa?
Rząd USA otwarcie deklaruje pogardę dla prawa międzynarodowego i dla wszystkich wynikających z niego wartości – pisze Ulrike Winkelmann w „Tageszeitung”. Trump jest szczery, ale pożytku jest z tego niewiele – konstatuje komentatorka przyznając, że „tęskni za hipokryzją George’a W. Busha”.
„Trump mówi przy każdej okazji, że w Wenezueli chodzi mu o ropę, o interesy z ropą, o eksploatację bogactw naturalnych kraju, czyli ropy. Żadnych wyższych celów, nigdzie” – czytamy w „Tageszeitung“.
Nieskrywany imperializm Trumpa pozbawia sensu klasyczny antyimperializm, który demaskował ukryte interesy ekonomiczne Waszyngtonu – ubolewa autorka.
„Prawo międzynarodowe, idealizm prawa międzynarodowego jest potrzebny. Moralne wartości muszą obowiązywać, aby ich złamanie mogło być opisane jako wyjątek. Donald Trump zagraża wszystkiemu, co czyni pokój możliwym” – pisze w konkluzji Winkelmann. .